Current track

Title

Artist

Background

Zapłacone, a więc grać trzeba

Napisany przez , 13 grudnia 2020

Żyjemy w świecie pełnym abonamentów, pakietów i planów konsumenckich, które pozwalają nam na korzystanie z usług danego producenta. O ile takie praktyki już od dawna są naszą codziennością, w świecie gier cała sytuacja wygląda lekko inaczej. Kupujemy grę, przechodzimy ją i odkładamy na półkę (ewentualnie w obecnej erze cyfrowej – odinstalowywujemy, aby zrobić miejsce na dysku). Takie zasady dotyczą gier, a przynajmniej ich większości.

Abonament, a uzależnienie
Mówiąc o abonamencie w kontekście gier wideo musimy podzielić to stwierdzenie na dwie kategorie. Pierwszą są abonamenty od Microsoftu oraz Sony, czyli kolejno – Xbox Game Pass i PlayStation Plus. Pakiety te umożliwiają nam granie we wszystkie zawarte w pakiecie tytuły przez  czas trwania subskrypcji. Coś jak Netflix dla graczy, który umożliwia nam nie tylko przetestowanie wielu gier, ale również ich swobodne przejście bez kupowania „w ciemno”.
Drugą kategorią, na której chciałbym się skupić są abonamenty umożliwiające nam granie w jeden tytuł, bądź zapewniające określone dodatki za comiesięczną subskrypcję. W tym wypadku pewnie większość z graczy pomyśli o World of Warcraft – tytule z gatunku MMORPG, który opiera się właśnie na tym schemacie. Pamiętam, gdy w dzieciństwie natrafiałem w znajdujących się w domu dziennikach na artykuły o grach. Najczęściej dotyczyły one właśnie zbyt długiego grania i licznych wydarzeń z tym związanych. W 90% przypadków tego typu tekstów, były to artykuły dotyczące właśnie World of Warcraft – gry, która za sprawą abonamentu przez długi czas była synonimem słów „uzależnienie od gier komputerowych”. Od premiery hitu Blizzarda minęło już 16 lat, a ostatnio premierę miał już ósmy dodatek zatytułowany Shadowlands. Nikogo już więc nie dziwi, ani nie szokuje miesięczna subskrypcja zachęcająca nas do ciągłego grania w imię zasady „żeby się pieniądze nie zmarnowały”.

Battle Passy, czyli karnety z gadżetami
Oprócz wielkich tytułów AAA, na rynku najpopularniejsze są przeróżne gry online, najczęściej oparte na modelu free to play. O ile większość z nich zarabia na zmianach kosmetycznych, bądź płatnych dodatkach, o tyle od kilku lat coraz większą popularnością cieszą się tzw. „battle passy”. W przypadku tego rozwiązania nasz czas poświęcony na darmową grę online przekłada się na nagrody, które zdobywamy w ramach dokonanego przez nas zakupu. Najczęściej są to skiny zmieniające wygląd broni, czy nawet naszej postaci, a także elementy kosmetyczne dla naszego konta. Karnety bojowe, to nic innego jak rodzaj abonamentu, który mniej agresywnie niż miesięczna subskrypcja zachęca nas do grania. Co prawda nadal musimy poświęcić dużo czasu na grę, ale zazwyczaj czas trwania takiego battle passa trwa analogicznie do danego wydarzenia w grze.

Teoria teorią, ale czy w praktyce można żyć uzależniając swój plan dnia od gry?

Będąc graczem staram się dawkować obecnie ogrywany tytuł, aby stopniowo przechodzić fabułę do przodu nie zapominając przy tym o świecie rzeczywistym. Z grami online jest trochę inaczej, bo przy grze ze znajomymi czas płynie trochę inaczej. Nigdy jednak szczególnie nie przejmowałem się tym ile poziomów czy misji muszę dziennie wykonać. Sprawa zmieniła się podczas myślenia nad tematem tego tekstu, postanowiłem więc poświęcić dwa tygodnie na przejście całego battle passa. Wybór padł na dosyć nietypowy tytuł, bowiem na Fortnite, czyli czołową produkcję gatunku battle royale od Epic Games. Dlaczego akurat ten tytuł? Z dwóch powodów. Pierwszy – liczne misje oraz wyzwania, które pomogłyby mi w wykonaniu całego zadania, a drugi – tematyka Marvela i występowanie postaci znanych z kart komiksów w świecie gry.

Od 13 do 27 listopada musiałem zdobyć sto poziomów, aby odblokować wszystkie nagrody. Tym samym przygotowałem sobie plan, że codziennie muszę się przesunąć o co najmniej siedem oczek do przodu. Początkowo zadanie było proste i po pierwszych 4 dniach mogłem poszczycić się przekroczeniem 1/3 całości. Chociaż sama gra była dosyć monotonna, to ciągłe odblokowywanie kolejnych osiągnięć i zaliczanie wyzwań skutkujących zdobywaniem punktów doświadczenia było bardzo satysfakcjonujące, a jedno z wydarzeń pozwoliło mi w ciągu jednego dnia uzyskać aż 15 poziomów. W drugim tygodniu wyzwania byłem znacząco za połową i w tym miejscu zaczęły się robić schody. Misji jakie mogłem wykonać było coraz mniej, a te które mi pozostały były niezwykle nużące i czasochłonne. Nie mniej jednak mogłem zwolnić i zdobywać 5 poziomów dziennie, co obok studiów stanowiło moją pracę na pół etatu. W końcu, 27 listopada udało mi się zdobyć setny poziom i zwieńczyć całe wyzwanie odblokowując ostatnią nagrodę – zbroję Iron Mana.

Odpowiedź na zadane w tym akapicie pytanie jest prosta – można żyć ustalając plan dnia pod grę. Niestety w przypadku abonamentu, czy battle passa jest to granie na siłę, które daje nam tak naprawdę kilka nagród. Chociaż te dwa tygodnie rozgrywki nauczyły mnie wielu mechanik i pozwoliły na ulepszenie swoich umiejętności, to sama rozgrywka bardzo rzadko była satysfakcjonująca. Z tego miejsca mogę spokojnie stwierdzić, że o wiele lepiej jest kupować gry nastawione na przejście wciągającej fabuły, a gry online powinny dawać nam niezapomnianą zabawę ze znajomymi.
Tym samym uważam, że nadal lepsze jest kupowanie większych tytułów, które nie przepadną nawet jeżeli w tym momencie nie mamy czasu na granie i musimy wykonać kilka questów w otaczającej nas rzeczywistości. Sporadyczne granie z głową, może nam dać bowiem nie tylko ogromną rozrywkę, ale również pozwoli na czerpanie relaksu z gry bez niepotrzebnego stresu wywołanego poczuciem, że jeżeli nie będziemy grać to zmarnujemy swoje pieniądze.


Opinie czytelników

Pozostaw komentarz

Twój email nie będzie opublikowanyWymagane pola są zaznaczone *


Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.