Wspomnienie Satsumy

Napisany przez , 15 listopada 2018

„Ze wspomnień historii – wspomnienie Satsumy”
Przebłysk Pierwszy

„Ostatni samuraj” z Tomem Cruise’m w roli głównej jest znaczącym dziełem kinematografii. Zawiera w sobie dobrze znane i lubiane motywy, takie jak walka o zachowanie tradycji, odwrócenie się bohatera od „złego systemu” na rzecz obrony ucieśnionych, a także epickie akty odwagi. Film opiera się przy tym na nie mniej interesującym i spektakularnym wydarzeniu historycznym, jakim była rebelia Satsumy.

Prefektura Kagoshima, dawna domena Satsuma, 30 stycznia 1877 roku, kilka minut po północy.

Beppu Shinsuke odetchnął głęboko, stosując technikę nogare dla uspokojenia zszarganych nerwów. Długi wdech, przytrzymanie powietrza w płucach i powolny wydech. Z ponurym wyrazem twarzy powiódł wzrokiem po obliczach towarzyszy, skrytych w mroku zapuszczonej, bocznej uliczki Kagoshimy. Zawzięte, ogniste oczy samurajów mówiły mu wszystko – mimo obaw, byli gotowi.

– Zaczynamy – krótkie, ciche hasło podziałało na wojowników jak pchnięcie gigantyczną szpilą. Błyskawicznie, w milczeniu rozbiegli się, ruszając na ustalone pozycje. Przy Shinsuke’m ostała się jedynie czteroosobowa grupa. Beppu dał im syngał ruchem dłoni i również oni pomknęli w mrok nocy. Biegli, pokonując widzianą wcześniej wiele razy trasę, aż po minucie znaleźli się przed celem. Shinsuke spojrzał ze wzgardą na prochownię Somuta. Przed głównymi, masywnymi wrotami przechadzało się dwóch strażników, a kolejni dwaj patrolowali kładkę na szczycie kamiennego muru, okalającego całą prochownię i zwieńczonego pojedynczą wieżą w północno-wschodnim narożniku. Kolejny znak i grupa idąca za nim zatrzymała się, pozostając poza zasięgiem wzroku wartowników. Czekali. Jeden z towarzyszy Shinsuke’a szarpnął go delikatnie za rękaw i wskazał palcem coś za narożnikiem muru. Beppu wytężył wzrok i dostrzegł cztery postacie, wdrapujące się po linie na szczyt umocnień. Kolejna chwila i sylwetki stróży na murze zniknęły. Kiedy tylko Shinsuke zobaczył w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą stali pojedynczy błysk, skinął na swoich ludzi. Powolnym krokiem, trzymając ręce demonstracyjnie daleko od broni, podeszli do bramy, wzbudzając zainteresowanie dwóch pozostałych strażników.
– Hej! – prawie krzyknął jeden z nich, zarośnięty jakby nie golił się przez najmniej pół życia. Shinsuke uśmiechnął się, wznosząc prawą dłoń w geście pozdrowienia. Brodacz i jego kompan padli na zimny bruk pod ciosami ciężkich, okutych pałek, pewnie dzierżonych przez dwóch samurajów, którzy wykorzystali pogawędkę na dyskretne przemieszczenie się z pobliskiej uliczki, w cieniu muru, za plecy wartowników. Beppu spojrzał w górę, gdzie również dostrzegł znajome twarze. Ruchem dłoni wskazał wojownikom na szczycie fortyfikacji, wieżę dowódcy ochrony i po chwili jego poplecznicy zniknęli, przemieszczając się we wskazanym kierunku. Małe drzwi, zgrabnie wkomponowane w większą całość bramy uchyliły się i jeden z członków „grupy wspinaczkowej” wpuścił ludzi Shinsuke’a do środka. Szybki rzut oka na leżącą naprzeciwko mniejszą bramę i następny błysk z tamtej strony upewnił dowódcę rajdu, że druga drużyna także znalazła się wewnątrz murów. Samuraje przemieszczali się szybko, dwójkami wchodząc do pomieszczeń straży i pracowników prochowni. Nie minęło pięć minut i pod ciosami padli wszyscy, przebywający tego feralnego dnia w Somucie. Gdy tylko „wspinacze” powrócili z kluczem komendanta, Shinsuke pogonił swych ludzi, by czym prędzej znaleźć się w komorze prochu. W ciągu godziny, nim którykolwiek ze związanych i zakneblowanych strażników zdołał się ocknąć, samuraje opuścili budowlę przez większą z bram, niosąc na plecach ciężkie worki, pełne cennej amunicji.

Dziewiętnasty wiek to w historii Japonii okres ważny i burzliwy. Obalenie szogunatu Tokugawów i przywrócenie władzy cesarskiej, otwartej na kontakty z zachodem, nie obyło się bez sprzeciwu, zwłaszcza w szeregach samurajów. Proces zmian następował szybko – objęcie władzy przez cesarza Mutsuhito i zapoczątkowanie epoki Meiji, dało impuls dla drastycznych reform na wielu płaszczyznach. Z punktu widzenia tego wspomnienia ważne będą te, dotyczące wojska. Przewodniczący Departamentowi Wojny Omura Masujiro powołał do istnienia Cesarską Straż Przyboczną, na czele której stanął człowiek, niebawem mający stać się legendą – Saigo Takamori z Satsumy. Masujiro został wkrótce zamordowany, a jego następca – Yamagata Aritomo z mocą zabrał się za realizację zamysłów poprzednika. Jego rozkazy zapowiadały likwidację domen ( han ), pozostających pod władzą daimyo oraz ich wojsk, które miały być podporządkowane rządowi centralnemu. Wraz z ogłoszeniem przez Aritomo powszechnego poboru do nowotworzonej armii, zmiany te ugodziły bezpośrednio w klasę samurajów, którzy zostali pozbawieni przywilejów, a na dodatek zrównani z ludźmi z gminu. Saigo, zajmujący wówczas ważne stanowisko w rządzie jako dowódca Straży, wystosował propozycję, dotyczącą wypowiedzenia wojny Korei. Jednakże ta próba znalezienia dla nagle „bezrobotnych” samurajów zajęcia, została odrzucona. Mimo wszystko, nie to przelało napełniającą się czarę goryczy…

Murata Shinpachi z niedowierzaniem przebiegł wzrokiem po czytanym chyba po raz dziesiąty liście. Wyprężony w postawie zasadniczej, ze złożonymi za plecami rękoma, Beppu Shinsuke przysłuchiwał się ćwiczącym na dziedzińcu samurajom i głośnym komendom, wydawanym przez prowadzącego trening.
– To niedopuszczalne. – Murata ujął w drugą dłoń ulotkę rządową, oznajmiającą zakaz noszenia miecza z wyjątkiem żołnierzy i policjantów, po czym nałożył na korespondencję, usiłując jakoby powiązać je ze sobą.
– Pozbawiono nas dochodów, przywódców, przywilejów, a teraz odbiera się nam także odwieczne prawa. – Shinsuke, z pozoru spokojny, w środku kipiał ze złości.
Shinpachi odchylił się do tyłu, przymknąwszy oczy. Po chwili otworzył je i rzekł:
– W Tokio nikt już nie słucha naszego głosu. W naszym własnym kraju rządzą dzisiaj cudzoziemcy. Co gorsza, nasi rodacy, jak przeklęty Aritomo, sami im sprzyjają.
– Powiedziałeś prawdę, przyjacielu. – Beppu skinął głową. – A nas usiłują rozbroić. Ten okręt, który widzieliśmy wczoraj, przypłynął tutaj po zapasy prochu z Somuty.
Murata odetchnął głęboko.
– Powiedz mi, że im się nie udało. – zwrócił się do Shinsuke’a wręcz błagalnym tonem.
– Zebrałem w porę kilkunastu ludzi i zabraliśmy z prochowni prawie wszystko, co mieli zdeponowane. – oznajmił z nieskrywaną dumą Beppu.
– Dobra robota przyjacielu! – Shinpachi wstał zza biurka i podszedł by krzepiąco poklepać kompana po ramieniu. – Jeśli nie słowem, to czynem dojdziemy do swoich racji. Czy nikt…?
– Kilku poturbowanych, ale wyżyją – Shinsuke uśmiechnął się delikatnie.
Murata odwzajemnił uśmiech.
– Zatem pozwól, że zaproszę Cię do degustacji…
Huk z jakim posłaniec wpadł do gabinetu sprawił, że obaj samuraje błyskawicznie obrócili się w jego stronę, z do połowy wyciągniętymi wakizashi. Młody goniec, z szeroko rozwartymi oczyma, nieufnie spojrzał na krótkie miecze wojowników. Ci jednak, rozpoznając wizerunek herbu na piersi kuriera, odsunęli dłonie od rękojeści.
– Wiadomość z Edo, wielmożni panowie. Od wielmożnego pana Harasu. Pilna! – szybkim ruchem posłaniec ściągnął z ramienia tubę z listem i podał ją Muracie.
– W porządku, młodzieńcze – Beppu ujął pod ramię gońca i odprowadził do drzwi. – Teraz ruszaj do pana Belira, da Ci coś do jedzenia.
Kiedy znów znaleźli się sami w gabinecie, Shinsuke z zaciekawieniem spojrzał na kompana, który nagle zupełnie pobladł.
– To… – Shinpachi przerażony odszukał wzrok towarzysza. – Musimy ostrzec Takamoriego. Ruszaj natychmiast do Konejimy!
– Ale co właściwie…? – chciał wiedzieć Beppu.
Murata z trudem przełknął ślinę.
– Rząd planuje zamach na Saigo.
Ręka Shinsuke’a bezwiednie opadła ponownie na rękojeść miecza. Chwilę później wybiegł z pomieszczenia.

Takamori, jako samuraj doskonale rozumiał rozterki swoich braci. Z dnia na dzień pozbawieni tego wszystkiego co czyniło ich klasę wyjątkową, skazani na mozolną egzystencję w nowym, nieznanym świecie – stali się zdesperowani. List, który odczytał Murata Shinpachi dotyczył zaś obcięcia pensji wojowników, które dotychczas wypłacały im domeny za służbę w gwardiach poszczególnych daimyo. Tego typu informacje docierały do samurajów co kilka dni – w reformowanym przez rząd społeczeństwie brakowało już po prostu dla nich miejsca. Saigo Takamori, sam będący zwolennikiem i jednym z inicjatorów przemian, nigdy nie porzucił klasy, z której się wywodził. Jednak jego wysiłki, dotyczące zachowania choć części przywilejów samurajów i wywołania wojny z Koreą, aby mogli oni zająć się czymś innym, niż spiskowanie przeciw rządowi, spełzły na niczym. W akcie protestu, Takamori złożył pełniony urząd i wrócił do rodzinnej Kagoshimy. Aby odpocząć od wielkiej polityki, udał się do Konejimy na polowanie. Coraz większe niezadowolenie samurajów w całej Japonii i przybierające na sile oznaki buntu dawnych wojowników, uwidoczniły jednak rządowi centralnemu zagrożenie, jakim był wpływowy przywódca z Satsumy. Wielu jego rodaków ze zlikwidowanej domeny widziało w nim wodza, który mógłby poprowadzić ich i przywrócić obalone obyczaje. Zdecydowano się zatem sięgnąć po drastyczne rozwiązania…

Rezydencja Takamoriego w Konejimie była wręcz oblężona. Tłumy wyczekiwały jakichkolwiek informacji, ale ich napór powstrzymywali samuraje, stanowiący straż słynnego dowódcy i polityka. Beppu, widząc całe zamieszanie domyślał się, że może już być po wszystkim i spóźnił się o kluczowe minuty. Wymęczony długim galopem, skierował wierzchowca w stronę bramy, gdzie kłębili się gapie. Rozpychając się, zdołał dotrzeć do pełniących straż wojowników, którzy rozpoznawszy bliskiego przyjaciela Saigo, wpuścili go do środka. Dowódca wachty, imieniem Surtan chwycił konia za uzdę, gdy Shinsuke zeskoczył na ziemię.
– Co się dzieje, Surtanie? – spytał, widząc krzątającą się w pośpiechu służbę, przemykających medyków, pokrytych krwią i licznych samurajów, zabezpieczających teren. – Czy Takamori…?
– Nie mam pojęcia – westchnął strażnik, z rezygnacją pocierając zmęczone oczy. – Nikt nic nam nie mówi. Toshiaki zabarykadował wejście do pokojów Saigo. Żadne wieści nie dotarły tam do nas, od czasu gdy w rezydencji zjawili się lekarze. Ktoś sypnął plotkę i w mgnieniu oka mieliśmy tutaj pół miasta, chcące dowiedzieć się co z Takamorim. Żeby nie dopuścić do chaosu, zamknęliśmy wejście na głucho.
– Dobra robota! – Beppu skinął z uznaniem dla wachmistrza. – Zostańcie tutaj, ja spróbuję się czegoś dowiedzieć!
Z dudniącym sercem, Shinsuke wpadł do wnętrza rezydencji, kierując się ku wspomnianym apartamentom. Przed drzwiami powitało go trzech samurajów w pełnym rynsztunku.
– Zatrzymaj się – spokojnie rzekł jeden z nich. – Znam Cię Beppu, ale Toshiaki zakazał nam wpuszczać kogokolwiek.
– Na litość niebios, zejdźcie z drogi, przeklęci głupcy! – wycedził zirytowany Shinsuke.
Zanim jednak sytuacja uległa zaognieniu, drzwi uchyliły się i oczom przybysza ukazał się potężnie zbudowany, ponaddwumetrowy Kirino Toshiaki – jeden z najwyższych oficerów Cesarskiej Straży Przybocznej, który w ramach sprzeciwu wobec władz, zrezygnował ze służby wraz z Takamorim.
– Puśćcie go – oznajmił tylko z uśmiechem. – Witaj, Beppu.
Beztroskie powitanie uspokoiło nieco Shinsuke’a, ale nerwy puściły dopiero, kiedy znalazł się w środku i na własne oczy ujrzał opatrywanego przez medyka Saigo Takamoriego. Dawny reprezentant Satsumy i członek rządu uśmiechnął się nieznacznie na widok przybyłego. Beppu dopadł do niego w kilku krokach.
– Saigo! Na bogów, spóźniłem się – z rozpaczą w głosie rzekł Shinsuke.

– Nie, mój przyjacielu – uśmiech na twarzy polityka stał się szerszy. – To on przybył za wcześnie.
Shinsuke podążył za wejrzeniem wodza i ujrzał leżącego w kałuży krwi człowieka.

Zamach na Takamoriego okazał się kluczowy dla dalszych wydarzeń. Samuraje, trzymający wciąż władzę w Kagoshimie, a sprzeciwiający się rządowym edyktom, byli gotowi wystąpić przeciwko Tokio otwarcie. Po incydencie z atakiem na prochownię Somuta, potrzebowali tylko kogoś, kto mógłby ich poprowadzić, a kandydatura Saigo wydawała się idealna, ze względu na jego prestiż, zdolności i stanowisko. Sam Takamori wahał się dotąd – bądź co bądź uczestniczył w obalaniu szogunatu Tokugawów i był za przywróceniem władzy cesarskiej. Konsekwencje tego wydarzenia przeszły jednak jego wyobrażenia – zamiast pokojowo współistnieć, nowe anihilowało stare, a samuraje stanęli na krawędzi zagłady i zapomnienia. Zamach na jego życie, zorganizowany przez rząd centralny, przekonał go ostatecznie co do słuszności walki o tradycję i obyczaje wojowniczej klasy. Po powrocie do Kagoshimy, Saigo rozpoczął więc gromadzenie swoich zwolenników, aby zniszczyć potwora, którego sam pomagał tworzyć…

Ratusz miejski Kagoshimy, 7 lutego 1877 roku. Wczesne godziny wieczorne.

Generale? – Toshiaki uchylił drzwi pokoju, w którym Saigo Takamori od dwóch godzin przeglądał raporty.
– Wejdź, Kirino.- dowódca powstańców ponaglił podwładnego dłonią. – Jakie wieści przynosisz?
Wysoki samuraj stanął przy biurku, ale Saigo natychmiast nakazał mu zasiąść. Toshiaki zaliczał się do jego dobrych przyjaciół.
– Pan Makiri twierdzi, że dostarczy artylerię w ciągu najwyżej tygodnia. – rzekł w końcu, przeczesując ręką włosy. Po wielu dniach na trakcie wymagały one nieco zadbania.
– Znakomicie – Takamori złożył ręce w piramidkę, wpatrując się w liczby, figurujące na wiadomościach od innych popleczników, deklarujących swoje wsparcie. – Kiedy tylko tutaj dotrą, wyruszamy do Edo. Beppu zajął się już rozniesieniem po sąsiednich domenach mojej deklaracji.
– Ciekawie się wyraziłeś, generale – nieco ironiczny uśmiech zagościł na twarzy Kirino. – „Wyruszam, aby spytać rząd o jego dalsze posunięcia” – zacytował wiernie odezwę Saigo do Japończyków.
– Nie łudzę się, że jakakolwiek rozmowa się odbędzie – odciął się Takamori, przenosząc wzrok na Toshiaki’ego. – Aritomo i rządzący wiedzą już o porażce zamachu, a załoga tego okrętu, który przybył po proch, poinformowała ich o naszych zbrojeniach. Uznają nas za rebeliantów.
– I słusznie – odparł Toshiaki. – W końcu zauważą nasze istnienie. Dotąd widzieli głównie pieniądze z Zachodu i ich przeklęty postęp.
– Nie neguj zupełnie tego co nadeszło – skarcił go Saigo. – szogunat nie służył naszemu narodowi, a zachodnie wynalazki pomogą zbudować zdrowsze społeczeństwo. Jednakże nie możemy pozwolić, by zmiany krzywdziły innych. Jeśli nie będziemy mogli wygrać, postaramy się chociaż zwrócić uwagę na los samurajów.
Kirino prychnął.
– Zatem zrobię wszystko, abyśmy wygrali generale. – skłonił głowę z szacunkiem.
Przez chwilę w gabinecie panowało milczenie. Toshiaki z zainteresowaniem lustrował postać swojego przywódcy. Naturalnie darzył go ogromnym szacunkiem za zasługi dla cesarstwa zarówno na polu bitwy podczas obalania Tokugawów, jak i w polityce, poprzez sprawowanie funkcji dowódcy Straży i członka rządu. Jednakże żadną tajemnicą była fascynacja Takamoriego zachodem, modernizacją i stylem życia zza morza. Nawet teraz, dowodząc powstaniem samurajów, walczących o zachowanie tradycji, Saigo ubierał się w zachodni mundur. Sam Kirino z dumą nosił klasyczne spodnie hakama i kamizelkę kamishimo z herbem rodowym na piersi.
– Tak czy owak – kontynuował Takamori. – Naszą jedyną szansą jest szybkie dotarcie do Edo, nim rząd zmobilizuje przeciw nam większe siły. Nie ma co liczyć na jakąkolwiek naszą przewagę, czy liczebną, czy też tym bardziej zaopatrzenia. Każdy z naszych ludzi sam przynosi prowiant i ekwipunek. Nie mamy czasu, ani środków aby wziąć skądś więcej. Bogom dzięki, że Beppu zdołał sprzątnąć ten proch spod nosa ludziom Aritomo.
Toshiaki zastanowił się, drapiąc czubek brody. Za oknami znowu zaczął padać śnieg, nad wyraz obficie w tym roku przykrywający nippońską ziemię. Czy symbolizował pogrzebanie starego, czy też nowego porządku?
– Morale jest wysokie, generale – oznajmił z dużą dozą pewności. – Wszyscy chcą się bić o sprawę i wszyscy w Ciebie wierzą.
– Wiem, Kirino – Saigo wstał od stołu, podchodząc do okna. Przez dobrą chwilę wpatrywał się w zasypywany białym puchem dziedziniec ratusza. Następnie wrócił na swoje miejsce. – Nie wygramy jednak wyłącznie bitnością. Potrzebny nam plan.
– Nie byłbyś sobą, nie mając go – odparł z szacunkiem Toshiaki. Saigo wskazał palcem punkt na rozłożonej na biurku mapie Japonii. Wysoki samuraj pochylił się, analizując co się tam znajduje.
– Zamek Kumamoto – rzekł, przenosząc spojrzenie na generała.
– Bardziej twierdza niż zamek – sprostował z przekąsem Takamori. – Nie będzie łatwo przełamać jego umocnień, ale właśnie Kumamoto stoi na naszej drodze do Edo. W tym śniegu ciężko będzie podtoczyć tam artylerię.
– Poradzimy sobie bez niej – machnął ręką Toshiaki. – Poprowadzę pierwsze bataliony, generale. Założymy obóz i otoczymy zamczysko. Jeśli rządowi spróbują przerwać oblężenie, powstrzymamy ich do waszego przybycia.
Saigo spojrzał znacząco na swego adiutanta.
– Obyś się nie mylił, przyjacielu. Wyruszycie jak tylko Makiri przybędzie z armatami.
– Tak, generale – Kirino skłonił się i zwrócił w stronę drzwi. W myślach układał już plany przyszłych bitew.


„Ostatni samuraj” mimo wszystko, nie przedstawia rzetelnie dysproporcji w uzbrojeniu walczących stron podczas rebelii Satsumy. W rzeczywistości 12-tysięczna armia, którą zdołał zgromadzić w Kagoshimie Saigo Takamori, była wyposażona w artylerię i nowoczesną broń, jak karabiny Snider, czy Enfield. Oczywiście samuraje posiadali także tradycyjne miecze i łuki, ale korzystali z nich dopiero po wyczerpaniu zapasów amunicji, której tak naprawdę nie mieli zbyt dużo. Mimo braku zaplecza logistycznego i perspektyw na jego uzyskanie, dwa pierwsze bataliony Takamoriego wyruszyły pod Kumamoto 15 lutego. On sam opuścił rodzinne miasto dwa dni później. Kiedy jednak samuraje dotarli pod twierdzę, okazało się, że obrońców wcale nie przeląkł ich widok…

Przedpole twierdzy Kumamoto, 23 lutego 1877 roku, późne popołudnie.

Kirino Toshiaki zaklął szpetnie, rzucając się za osłonę wyrytego w ziemi krateru po armatniej kuli. Cholerny zamek trzymał się z całych sił i ani myślał wpuścić samurajów do swego wnętrza. Awangarda wojsk Satsumy została po drodze ostrzelana przez rządowe siły, na razie unikające pełnego kontaktu bojowego, w oczekiwaniu na posiłki z Tokio. Mimo to, Toshiaki poprowadził ludzie dalej i zdołał założyć obóz pod Kumamoto. Dwa dni później, gdy pierścień oblężenia był już szczelny, przybyły oddziały Takamoriego. Na nic zdały się próby negocjacji. Garnizon, wyposażony w zachodni oręż, ani przez chwilę nie pomyślał o kapitulacji.
Toshiaki kątem oka dostrzegł jak pada jeden z artylerzystów, mozolnie ciągnących działo bliżej obwarowań. Umocnienia Kumamoto były na tyle mocne, że musieli podtoczyć artylerię, aby w ogóle liczyć na jakikolwiek wyłom, a to z kolei wystawiło ich na celne strzały strażników. Kirino, klnąc na czym świat stoi, rzucił się w stronę 28-funtowej armaty.
– Dalej, łamagi! Ciąąągnąąąć! – wydarł się, zapierając najmocniej jak tylko mógł.
Pozostali zawyli unisono, niczym potępieńcy w ostatnim kręgu piekieł i działo powoli zaczęło toczyć się w kierunku murów. Toshiaki groźbą, błaganiem i prośbą zmobilizował artylerzystów na tyle, by zdołali dociągnąć zachodni wynalazek na wymaganą odległość. Ogień obrońców skupił się teraz na nich. Samuraj widział niewyraźne, migające co chwila na blankach i w strzelnicach sylwetki rządowych żołnierzy, oddających celne strzały. Rozejrzał się szybko w nadziei, że nie tylko im udało się osiągnąć pozycję do strzału, ale pozostałe armaty były daleko w tyle. Pocisk wbił się w ziemię kilka centymetrów od buta Toshiaki’ego. Wojownik przypadł za osłonę, a następne strzały podziurawiły dwóch artylerzystów, którzy padli na ziemię bez życia. Kirino spojrzał na ostatniego ocalałego.
– Co tak stoisz, kretynie?! Syp proch! – wrzasnął, łapiąc za wycior.
Zmobilizowany buntownik czym prędzej przystąpił do dzieła. Toshiaki pchnął go na bok, gdy tylko proch znalazł się na swoim miejscu.
– Bierz przybitkę! Szybko! – w myślach dziękował mimo wszystko Takamoriemu, że przed wyruszeniem w drogę poprowadził on kurs obsługi nowej broni dla tych, którzy nie mieli wcześniej możliwości z niej skorzystać. Błyskawicznym ruchem wsadził wycior i jął ubijać proch tylko na tyle, na ile było to koniecznie. Kula musnęła jego ramię, wywołując przypływ strachu i złości.
– Dawaj ją! – wyładował owe emocje choć częściowo, przelewając je w krzyk.
Kiedy tylko Toshiaki ubił wyciorem przybitkę, jego towarzysz już sięgał po kulę. Razem rzucili się ku otworowi zapałowemu, ale tylko Kirino zdołał się doń dostać. Artylerzysta zesztywniał w połowie ruchu i padł twarzą w mokrą ziemię. Drżącymi rękoma, samuraj wsypał proch do otworu i wycedził przez zaciśnięte zęby:
– Żryjcie – po czym zamknął oczy i przytknął lont.
Huk wystrzału niewiele wyciszyło przyłożenie rąk do uszu. Kula poszybowała nad terenem i z impetem wbiła się w bramę zamku Kumamoto. Potężne odrzwia, obite stalą łatwo poddały się energii kinetycznej pocisku i posypały w drzazgi. Wśród szeregów armii buntowników dało się słyszeć triumfalny ryk i dziesiątki wojowników porzuciło armaty i ruszyło w stronę wrót. Kirino Toshiaki obserwował z satysfakcją wyrwę w wydawałoby się nieugiętych murach Kumamoto. Już za moment samuraje znajdą się w środku i żołnierzy armii rządowej czeka starcie na wyrównanych warunkach. Kiedy jednak zaczął już biec, by dołączyć do szybko oddalających się od jego pozycji wojowników, jakaś myśl zaczęła uciążliwie świdrować w jego głowie.
– Dlaczego nie czekają na nas w środku? – mruknął pod nosem, zwalniając stopniowo. Zatrzymał się równocześnie z tym, jak przyszło mu do głowy wyjaśnienie.
Na niewiele zdały się szaleńcze okrzyki Toshiakiego, zatrzymywanie siłą zdążąjących do zamku samurajów i pospieszne tłumaczenia. Mógł jedynie patrzeć, jak rozmieszczone za bramą twierdzy pole minowe wybucha feerią rozbłysków, znacząc śmierć wielu nierozważnych rebeliantów.

Obóz wojsk rebelianckich pod Kumamoto, 25 lutego 1877 roku, godziny poranne.

Saigo Takamori z konsternacją przyglądał się niezdobytej twierdzy. Wczorajszy szturm odparto, samuraje wycofali się niedługo po tym, jak pola minowe obrońców zmieniły w pył kilkudziesięciu ich towarzyszy. Nie mógł jednak tak po prostu odpuścić. Aby zdołał dotrzeć do Edo, zamek musiał upaść.
– Generale? – Beppu Shinsuke podszedł do dowódcy, wspinając się mozolnie na pagórek, z którego Saigo obserwował Kumamoto. Na jego obliczu malowało się wyczerpanie. Takamori nie odwrócił się, lecz skinął mu głową.
– Pan Belir przysłał raport od zwiadowców… Cesarska armia wylądowała w Kagoshimie. – głosem drżącym od emocji oznajmił Beppu.
Przywódca rebelii pokiwał głową. Choć spodziewał się tego, liczył że zebranie oddziałów zajmie Yamagacie więcej czasu.
– Jest ich przynajmniej czterdzieści tysięcy, generale – Shinsuke podkreślił wymienioną liczbę, patrząc uważnie na przełożonego.
Saigo ponownie milczał.
– Czy mamy…?
– Zanieś Shinpachiemu wiadomość, żeby dobrał osiem setek ludzi. Pozostaną pod Kumamoto. Reszta niech sposobi się do marszu. Podejmiemy bitwę na wzgórzach Tabarazuki. Nie zdołają wykorzystać tam przewagi liczebnej i ogniowej.
– Tak, Saigo – Beppu skłonił się i pobiegł natychmiast w kierunku obozowych kwater oficerów.
Takamori westchnął ciężko. Przeczuwał prawidłowo, że nadchodzące starcie rozstrzygnie o losach jego buntu. Buntu całej dawnej Satsumy. Odprowadzając wzrokiem przelatującego nad obozem ptaka, Saigo mimowolnie zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Nadszedł czas ostatnich samurajów.

Ciąg dalszy nastąpi…


Opinie czytelników

Pozostaw komentarz

Twój email nie będzie opublikowanyWymagane pola są zaznaczone *


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.


RADIO FRASZKA

Current track

Title

Artist

Background