Current track

Title

Artist

Background

Wspomnienie maratońskie

Napisany przez , 3 listopada 2018

„Ze wspomnień historii – wspomnienie maratońskie”

Ateny, Erechtejon – świątynia Ateny i Posejdona, późne godziny wieczorne.

Archont Kallimach, przywódca ateńskich strategów i najwyższy z urzędników miasta, schodził niespiesznym krokiem do najniższego z czterech poziomów świątyni. Kiedy przeszedł pod okrywający wejście do budynku portyk, wsparty kolumnami jońskimi, jego oczom ukazał się wspaniały Akropol, w którym mimo późnej pory, nadal kwitło życie. Ateńscy kapłani i ich służba dbali o każdą rzeźbę, zdobienie czy kolumnę na obwarowanym, świątynnym wzgórzu, z którego rozpościerał się widok na miasto. Zaczerpnąwszy świeżego powietrza, archont skinął na przewodzącego żołnierzom eskorty Genariona i wspólnie udali się w stronę schodów. Kallimach chciał zejść ze wzgórza szybko, aby zdążyć na zaplanowaną wizytę u swojego poprzednika na stanowisku – Onnariona. Zakończywszy urzędowanie, ów były archont, zgodnie z ateńskim ustrojem stał się członkiem Rady Areopagu i miał dla swego następcy kolejne informacje, związane z funkcjonowaniem sądowego organu.

Kallimach uśmiechnął się pod nosem. Areopagici byli najpotężniejszą siłą polityczną w Atenach, mogli nawet odwołać archonta z piastowanego stanowiska. Niejeden jego poprzednik musiał zmagać się z nieufnością członków Rady i baczyć na wszystko co czynił – najmniejszy błąd mógł ściągnąć na niego niechcianą uwagę czujnych sędziów. Tutaj Kallimach się wyróżniał – zarówno Onnarion jak i wielu pozostałych byłych archontów było z nim w dobrych, czasem wręcz przyjacielskich relacjach. Mieli oni nawet ochotę wspomóc go radą i informacją, a każdy rozsądny człowiek skorzystałby z tej pomocy bez chwili wahania.

Z rozmyślań nad dogodnością swojej życiowej pozycji, wyrwało Kallimacha przemieszczenie eskortujących go wojaków, którzy ustawili się tak, by odgrodzić go od czegoś, lub kogoś, kto nadciągał od strony miasta. Archont słyszał już nawoływanie człowieka, który zaniepokoił ludzi Genariona.
– Przejście!!! Przeeeeejście!! Wiadomość dla archonta Kallimacha! Ważna wiadomość dla archontaaaa! – młody, zaledwie liczący sobie siedemnaście lat Ateńczyk rozpychał przechodniów, schodzących z Akropolu, wywołując spontaniczne eksplozje wulgaryzmów i nieeleganckich określeń pod swoim adresem. Kilka metrów za nim, mozolnie brnęli pod górę dwaj pokryci kurzem i brudem ludzie w zniszczonym, bojowym rynsztunku. Archont skinął na przybocznych, którzy zaczęli torować drogę ku krzyczącemu młodzianowi i jego kompanom. Ten pierwszy skłonił się przed Kallimachem i z trudem łapiąć oddech, wykrztusił:
– Archoncie… Strateg Miltiades… powrócił z Jonii… Zapytuje o…
Zaskoczony Kallimach gestem przerwał posłańcowi i nakazał swym ludziom, by zaprowadzili go na jeden z tarasów, których kilka znajdowało się na drodze wiodącej na wzgórze świątynne. Strażnicy odpędzili stamtąd przypadkowych obywateli i po chwili świta archonta oraz jego nowi goście, wśród których z trudem rozponał za zmęczonym, brudnym obliczem wodza Miltiadesa, zasiedli na kamiennych ławach. Strateg i jego towarzysz ciężko opadli na siedziska, po skłonieniu się Kallimachowi, który zapytał z przejęciem:

– Miltiadesie, nie spodziewaliśmy się tak rychłego powrotu! Mów, jakie przynosisz wieści zza morza.

Strateg spojrzał ponuro na przełożonego.

– Archoncie, Jonia… Upadła.

Z ciszą, jaka zaległa na tarasie, gdzieś w środku drogi na Akropol, dziwnie kontrastował słyszalny zewsząd gwar przechodniów, błogo nieświadomych tego, co nadchodziło.

Krainę na wschodnim wybrzeżu Morza Egejskiego – Jonię, Persowie podbili w VI wieku p.n.e. Dotąd niezależne polis znalazły się w żelaznym uścisku tyranów – narzuconych przez najeźdźców zarządców. Dumny, joński naród nie dał się zastraszyć i w 499 r.p.n.e. wzniecił powstanie, które zainicjowali Histiajos i Arystagoras. Ten drugi udał się w podróż do Hellady, chcąc uzyskać wsparcie w starciu z potęgą Persji. Choć wielu, w tym Spartanie, nie chciało ingerować w konflikt, Arystogaras zdołał przekonać Ateńczyków, którzy wysłali mu na pomoc dwadzieścia okrętów. Mimo, że Jonowie walczyli, wynik powstania był w zasadzie przesądzony od samego początku. Sprawne, perskie oddziały zadały rebeliantom ciężki cios w bitwie pod Efezem i zrównały Milet – miasto stojące na czele buntu, z ziemią. Walki zakończyły się w roku 493 p.n.e. całkowitym zdławieniem powstania jońskiego. Również ateńskie siły, na czele których stał Miltiades, zostały pokonane, a strateg wrócił do miasta, przynosząc groźby perskiego władcy – Dariusza I, obiecającego Grekom krwawą zemstę za pomoc powstańcom.

Kallimach w milczeniu wysłuchał relacji ateńskiego dowódcy. Kiedy Miltiades skończył mówić, archont z rezygnacją spytał:
– Ilu żołnierzy?

Strateg potarł kark w zamyśleniu.
– Nasi ludzie w Jonii mówią o dwudzietu, może trzydziestu tysiącach, ale trudno zebrać dokładne informacje. Persowie szaleją w jońskich miastach, z mężczyzn robią niewolników, a z kobiet nałożnice. Wiadomo jednak na pewno, że siły imperium powiedzie Datys i że to my będziemy jego głównym celem.

– Czcigodny archoncie – Genarion zwrócił się do przywódcy, skłaniając głowę. – Wyślijmy gońców do naszych sąsiadów. Do Sparty.

– I sądzisz, kapitanie, że skoro nie wsparli Jonów, pomogą nam? – kąśliwie zauważył Miltiades.

– Nie, strategu – chłodno odparł przyboczny Kallimacha. – Sądzę, że dwadzieścia, a nawet trzydzieści tysięcy to dwu albo i trzykrotna przewaga liczebna nad nami i bez wsparcia innych polis, nie obronimy się przed Dariuszem.
– Oczywiście wyślemy posłów – ukrócił dyskusję archont. – Do Platejów i Sparty. Obywatele wyrzuciliby nas do morza, gdybyśmy chociaż nie spróbowali. Zwołam zgromadzenie już jutro i wspólnie przedłożymy im sprawę. Trzeba podjąć decyzję o mobilizacji wojsk i zaplanować ich działania.

– O ile na cokolwiek się zgodzą – westchnął Miltiades, a Kallimach spojrzał na niego z zainteresowaniem. Strateg dużo czasu spędził poza agorą, na trakcie, w lasach i jaskiniach, prowadząc wojnę z potężnym przeciwnikiem. Choć niechętnie patrzył na krytykę ateńskiego ustroju, nie mógł się dziwić wodzowi.

– Na razie odpocznijcie – rzekł, zwracając się do Miltiadesa i jego milczącego towarzysza. – Wszystkim zajmiemy się jutro.

Wszyscy podnieśli się z ław i ruszyli w dół schodów, ku podnóżu wzgórza Akropolu, w milczeniu i strachem w sercach.

Ateńskie Zgromadzenie, wbrew obawom Miltiadesa zadziałało sprawnie i szybko. Ogłoszona mobilizacja pozwoliła zgromadzić blisko dziesięć tysięcy świetnie uzbrojonych żołnierzy i kiedy w 490 roku nadeszły wieści, że Persowie wylądowali na Eubei i zniszczyli miasta Karystos i Eretrię, armia ateńska była już gotowa do starcia. Dołączyło do niej około tysiąca Platejczyków, którzy odpowiedzieli na wezwanie Kallimacha do pomocy, a całością dowodziło dziesięciu strategów, z Miltiadesem włącznie. Spartanie natomiast, obiecali pomoc, jednak dopiero po zakończeniu obchodów święta Apollina Karnejskiego. Choć logicznym w sytuacji, gdy posiada się mniejsze siły, byłoby schronić się za murami Aten, Kallimach zdecydował się, za radą znającego Persów Miltiadesa, opuścić miasto i wyjść naprzeciw zbierającym się pod Maratonem najeźdźcom. Planował zaskoczyć nieprzyjaciela i liczył, że zdobędzie czas dla polis, nim do Attyki wkroczą spartańskie posiłki. Wcześniej jednak, aby uzyskać dla swych decyzji aprobatę sił wyższych, wysłał Miltiadesa do delfickiej wyroczni…

Delficcy obywatele patrzyli na zbliżających się Ateńczyków z mieszaniną respektu i nieufności. Choć przywykli do tego, iż ich sławną na całą Helladę wyrocznię odwiedzają ludzie z różnych zakątków kraju, widok uzbrojonych żołnierzy nie mógł nie napawać ich niepokojem. Musiał istnieć powód dla którego przychodzili tu pod bronią.

Miltiades spokojnie lustrował wzrokiem mieszkańców słynnych Delf. Widział już te same spojrzenia w Jonii. Ludzie zawsze reagują tak samo na widok żołnierzy, niezależnie czy swoich, czy też wroga. Każdy zastanawia się, co im strzeli do głowy i czyj dom spalą najpierw, w poszukiwaniu łupu. Niewielki ateński oddział skierował się wprost do świątyni Apolla, gdzie rezydowała wyrocznia. Dwóch strażników, widząc zbliżającą się delegację, dobyło mieczy.
– Won stąd, wyrocznia nie przyjmuje rębajłów i morderców. – wycedził jeden z nich.
Miltiades nie zamierzał nawet dyskutować z natrętem. Wojska ateńskie przygotowywały się już do wyruszenia pod Maraton i musiał się spieszyć, by zdążyć na czas. Skinął na towarzyszących mu hoplitów, którzy natychmiast unieśli włócznie.

– Stać!

Przed rozpoczęciem jatki pohamował wojowników głos jednej z kapłanek. Zdyszana niewiasta stanęła między Delfijczykami i Ateńczykami.

– Wyrocznia wysłucha tylko jednego z was! I musi on wejść bez broni!

– Zgoda, kapłanko – strateg odpiął pas z mieczem i oddał go podwładnemu. – Prowadź.

Ponure, nieznacznie rozświetlone bladym blaskiem pochodni korytarze świątyni wzbudzały dziwny niepokój w sercu Miltiadesa. Kiedy młoda kapłanka, która zapobiegła walce na schodach świątyni, wprowadziła go do sanktuarium wyroczni, ze zdumieniem odnotował, że ta nie jest starą, pomarszczoną babcią, lecz na oko trzydziestoletnią, piękną kobietą. Złociste loki okalały rumianą twarz słynnej Delfijki, a jej błękitne oczy błyszczały inteligencją.
– Pani – strateg pokłonił się z szacunkiem. – Czas goni mnie okrutnie i przychodzę zapytać, czy Ateńczycy winni stawić czoła Persom na lądzie, czy za murami miasta?

Wyrocznia uśmiechnęła się i wzniosła dłoń, opierając ją na ramieniu Miltiadesa. Zamknęła oczy i rzekła:
– Zeus dopuści, by w Helladzie pozostały nietknięte drewniane fortyfikacje, które wytrzymają napór. Sprzyja wam i waszym dzieciom.

To powiedziawszy zamilkła, cofnęła się i usiadła na podłodze, nie otwierając oczu i nie przestając się uśmiechać.

– Czy to… – zaczął niepewnie dowódca ateński, lecz natychmiast złapała go za bark młoda kapłanka, z którą przybył.

– Niczego więcej nie powie! Odejdź, albo spotka Cię gniew Apolla! – syknęła.

Nie mając innego wyjścia, strateg skierował się ku bramom świątyni, rozmyślając nad słowami wyroczni.

Choć przepowiednia, jak zwykle okazała się zawiła i niejasna, jej ostatni fragment przekonał Kallimacha, aby wydać rozkaz przemieszczenia wojsk. Ateńczycy ruszyli forsownym marszem, zamierzając dotrzeć pod Maraton na tyle wcześnie, aby dokonać zwiadu i wyboru miejsca bitwy. Armia maszerowała bez słowa skargi, karne szeregi hoplitów raz za razem wybijały rytm krokami. Kiedy Grecy dotarli w pobliże Maratonu, Miltiades doznał olśnienia i zrozumiawszy przesłanie wyroczni, poprowadził żołnierzy do Gaju Heraklesa….

– Muszę przyznać, strategu… Ciekawe. – Kallimach skinął z uznaniem, widząc rozkładających się wśród drzew ateńskich wojowników. Gęsty las będzie stanowił znakomitą osłonę przed strzałami osławionych perskich łuczników. Tak jak przewidziała wyrocznia.

– Sam nie byłem pewien, czy właściwie interpretuje jej słowa – odparł Miltiades, lustrując uważnie ostrze swego miecza w bezowocnym poszukiwaniu śladów rdzy.- Brałem również pod uwagę kadłuby naszych drewnianych okrętów, co mogłoby znaczyć, że powinniśmy raczej atakować na morzu. Jednak kiedy zwiadowcy donieśli mi, że gaj tak się rozrósł… Wyjaśnienie przyszło samo.

– Czyżby? – wyraził zwątpienie archont.
– Nawet nie zaczną strzelać – stwierdził z przekonaniem strateg. – Datys nie jest głupi. Według informacji zwiadowców wylądował na plaży, niedaleko stąd i tam założył obóz. Z pewnością wie już, że tu jesteśmy, ale nim jego wojska zdołają opuścić statki i rozwinąć szyk na równinie… Naszym jedynym realnym zagrożeniem będą już wyładowani łucznicy.

– Ale czy to nie wystarczy? – Kallimach starał się zrozumieć myśli wodza. – Przecież mogą trzymać nas tutaj pod groźbą ostrzału, aż reszta wojowników do nich dołączy.

– Dlatego nie będziemy czekać, archoncie. Dziś w nocy każę ściąć drzewa wybranym rezerwistom o najmniejszej wartości w boju. Pod osłoną mroku wydrążą je i rozmieszczą je między nami, a stanowiskami Persów. Całość przykryją ziemią i zamaskują, a kiedy rankiem ruszymy do ataku, nasi ludzie będą mieli osłonę.

– Z pewnością nie wszyscy – skrzywił się Kallimach.

– Nie, archoncie – chłodno rzekł Miltiades. – Ale nie wygramy wojny bez ofiar, a ten plan pozwoli nam, jeśli ruszymy biegiem, dopaść Persów, nim zasypią nas strzałami. Jedna, góra dwie salwy. Tyle musimy wytrzymać.

Kallimach milczał. Losy bitwy musiały rozstrzygnąć się na naradzie. Miał nadzieję, że nie będzie musiał używać swego decydującego głosu.

Gaj Heraklesa, okolice Maratonu. Kilka minut przed północą.

Daremne okazały się nadzieje archonta Aten. Stratedzy prowadzący greckie wojsko podzielili się głosami po równo – czterech poparło plan Miltiadesa, a pięciu pozostałych optowało za odwrotem do miasta. Wobec takiego obrotu spraw, decyzja należała do Kallimacha, który by ukrócić kłótnie ostatecznie opowiedział się za weteranem powstania jońskiego, ufny w jego doświadczenie i interpretację słów wyroczni…

Zamaskowani ateńscy wojownicy lekkiej piechoty, świeżo zwerbowani z attyckich wiosek, poruszając się powoli i ostrożnie, w metodyczny sposób znosili kolejne nieduże pnie na otwartą przestrzeń pomiędzy Gajem Heraklesa, a pozycjami Persów. Uczestniczący w tej operacji opowiadali, że widzieli już sylwetki łuczników, patrolujących wzgórza, za którymi na plażach rozlokowali się wrogowie, stopniowo opuszczający pokłady okrętów. Byli ponoć w świetnych nastrojach, po dotychczasowych sukcesach. Wierzyli, że i tutaj spotka ich łatwe zwycięstwo.

Miltiades uśmiechnął się złowieszczo. Z całą pewnością czeka ich niespodzianka.

Do samego świtu, do pierwszych promieni słońca, które mogły ich zdradzić, Ateńczycy prowadzili swe działania. Główne siły, w tym ciężkozbrojne kompanie hoplitów w tym czasie spały, aby być w pełni sił przed bitwą. Kiedy tylko wzeszło słońce, Miltiades założył hełm i stanął u boku Kallimacha. Za ich plecami, świetnie zdyscyplinowani żołnierze formowali już szyk bojowy, pod wtór poleceń oficerów.

– Naprzód – rzekł cicho archont, ujmując podaną mu przez Genariona włócznię. Miltiades ochoczo skinął głową.
– Falanga, naprzód! Kontrmarsz! – wrzasnął, zajmując swoje miejsce w formacji.

Ateńczycy ruszyli. Najpierw z wolna, aby manewrujące wśród drzew tylne szeregi miały czas wydostać się z Gaju i dołączyć do szyków. Persowie dostrzegli ich od razu, łucznicy poruszyli się na wzgórzach, ustawiając naprzeciw zagrożeniu.
Miltiades gorączkowo zerknął za siebie, a kiedy z ulgą odnotował pojawienie się ostatnich żołnierzy swojej falangi, krzyknął:

– Bieg! Dalej, biegiem naprzód!

Odpowiedział mu niski, gardłowy pomruk wojowników, którzy idealnie zgrani przeszli z marszu do truchtu. Po bokach ludzi Miltiadesa, dwie pozostałe falangi, prowadzone przez strategów Vanniusa i Tanneusa wykonywały identyczny manewr.
– Strzały! – ostrzegł hoplitów wrzask jednego z żołnierzy pierwszych szeregów.
– Szukać osłon i tarcze w górę! – Miltiades rzucił się za najbliższy widoczny pniak i przez niewielką lukę wydrążoną w drzewie obserwował tor lotu setek perskich pocisków. Zacisnął zęby i przymknął oczy, gotując się na uderzenie.

Ateńskie osłony okazały się skuteczne, podobnie jak hoplony wojowników. Choć niejeden z ludzi Miltiadesa zwalił się na ziemię, przeszyty strzałami Persów, znaczna większość armii kontynuowała natarcie. Zaskoczeni tempem hoplitów i brakiem realnych strat wśród nich, łucznicy Datysa zdołali wystrzelić jeszcze tylko raz…

Kallimach i Miltiades popędzali swoich podkomendnych, nie szczędząc wrzasków i wyzwisk. Trzy falangi ateńskie zbliżały się już do pozycji Persów, wśród których zaczęli się pojawiać wojownicy z obozu na plażach. Datys nie zamierzał pozwolić się zepchnąć ze wzgórz.
– Zacieśnić szyk!
Hoplici zbliżyli się do siebie, każdy osłaniał połową swej tarczy sąsiada w szyku. Setki włóczni pochyliło się, a żołnierze jeszcze przyspieszyli.
– A-TE-NY!!! – ryk wydobywający się z gardeł tysięcy Greków zmroził szeregi perskie. Jeszcze nikt nie sprostał helleńskiej falandze w konwencjonalnym starciu.
Ze szczękiem oręża, wśród okrzyków ranionych i unoszącego się wszędzie pyłu, Ateńczycy zderzyli się z Persami.

Na nic zdało się wsparcie kierowane gorączkowo przez Datysa. Perski generał z rozpaczą patrzył jak zdyscyplinowana ateńska formacja bezlitośnie przebija się przez jego łuczników i tych, którzy pospieszyli im w sukurs. Jego jeźdźcy – jedyna skuteczna broń przeciwko falandze, nie zdołali jeszcze wyprowadzić wierzchowców z pokładów galer. Ulegając namowom adiutantów, generał skierował swe kroki ku flagowemu okrętowi floty, aby stamtąd dowodzić bitwą i ewentualnie ewakuacją. A tak zupełnie przy okazji, mieć możliwość wcześniejszego opuszczenia zagrożonego rejonu.

Ateńczycy nie ulegli pokusie rozbiegnięcia się i ścigania setek umykających Persów. Falangi ramię w ramię, maszerowały dalej równym tempem, schodząc w kierunku perskich namiotów. Poszczególne oddziały armii Datysa próbowały na własną rękę wydostać się z matni, w nieskoordynowany sposób atakując szeregi Greków, jednak dopiero gdy generał zebrał większe siły na plażach, udało się na chwilę wstrzymać natarcie armii Miltiadesa.
– Trzymać szyk! – strateg desperacko zasłonił się tarczą przed ciosem miecza i pchnął na oślep włócznią. Trafiwszy przeciwnika w twarz, cofnął się, zrównując z resztą żołnierzy. Jego falanga dalej stała twardo. Sieczeni ostrzami i rąbani toporami Ateńczycy nie dawali się rozporszyć. Szybki rzut oka na flanki utwierdził zaś Miltiadesa w przekonaniu, że przezornie nakazał części hoplitów z środkowej formacji, wzmocnić oddziały po bokach. Vannius i Tanneus zaczynali przebijać się głębiej, a walka przeniosła się pomiędzy perskie namioty.

Kiedy tylko Persowie zorientowali się, że Ateńczycy na flankach odcinają im drogę odwrotu, z miejsca zrezygnowali z walki. Stanąwszy w obliczu karnej falangi, otoczeni i pozbawieni dowódcy żołnierze imperium rzucili się ku okrętom, z których część odbijała już od brzegów. Grecy napierali dalej, docierając aż na plaże, wyrzynając każdego, kto nie zdołał przed nimi umknąć.

– Ogień! – krzyczał ochryple Miltiades, słaniając się ze zmęczenia. Wskazał mieczem perskie okręty. – Podłóżcie ogień!
Hoplici ochoczo ruszyli w kierunku galer z pochodniami w rękach, naprędce zebranymi z obozowiska wroga. Strateg wbił miecz w piach i wyprostował się, obserwując sytuację.

Zwycięstwo było całkowite. Persowie uciekali na statki, a nieliczne, lepiej zdyscyplinowane oddziały wroga usiłowały stawiać opór, aby dać czas towarzyszom na ewakuację. Galery usiłowały schronić się na otwartych wodach. Ateńczycy nie mogli ich ścigać, ale to nie miało znaczenia. Rozbili wroga, pobili go na głowę, mimo liczbnej przewagi.
– Strategu! – masywnie zbudowany hoplita podbiegł do Miltiadesa i jego kompanów.
– Od kogo przybywasz? – spytał wódz, ujmując miecz i spodziewając się złych wieści.
– Od archonta Kallimacha! Persowie kontratakują i archont prosi o wsparcie!
– Prowadź! Naprzód, dalej ludzie! – Miltiades zerwał się, krzywiąc ze zmęczenia, do jeszcze jednego wysiłku.

Kallimach nie doczekał jednak pomocy swego rodaka. Zginął, nim jego hoplici zdołali wesprzeć towarzyszy, od ciosu perskiego miecza. Jego śmierć tylko wzmocniła determinację Ateńczyków, którzy rozprawili się z ostatnimi, zorganizowanymi oddziałami Persów na plażach i spalili sześć wrogich okrętów. Reszta wojsk Datysa zdołała uciec na morze. Pozostawała jeszcze jedna rzecz…

Miltiades po raz ostatni spojrzał na leżącego bez życia archonta i odwrócił się w stronę reorganizujących się żołnierzy. Część zabezpieczała obozowisko, inni dobijali rannych Persów i pomagali własnym kombatantom. Niektórzy wymiotowali ze stresu i zmęczenia, kolejni leżeli, zbyt słabi by powstać. Dla nich bitwa była skończona i wszystko było już w porządku. Ale nie dla niego – nie dla ateńskiego dowódcy. Flota Datysa wciąż stanowiła zagrożenie, a miasto było obecnie niemal bezbronne. Należało wysłać kogoś, by doniósł o zwycięstwie. Miltiades chwycił za ramię młodego hoplitę, który pomagał nieść rannego i spytał:
– Jak się nazywasz, żołnierzu?
– Fillipides, panie – odparł, skłaniając się.
– Dobrze… Fillipidesie, mam dla Ciebie zadanie.

Ateny, dzień po bitwie pod Maratonem, wczesny ranek.

Fillipides nie myślał już o niczym. W jego głowie pozostały tylko dwa polecenia: krok prawą nogą, krok lewą nogą. Słaniając się ze zmęczenia, tracąc ostrość widzenia, hoplita z trudem dostrzegał kamienne mury Aten. Już niedaleko. Musi tam dotrzeć.
Kiedy zdumieni strażnicy i obywatele wybiegli mu na spotkanie z dzbanem wody, wyczerpany wojownik wyrzekł tylko z nieziemskim trudem:
– Zwycięstwo. – po czym padł na ziemię, nieżywy z wysiłku.

Zdumiewający wyczyn Fillipidesa sprawił, że liczni w Atenach zwolennicy poddania miasta Persom i wycofania się na morze, teraz umilkli i wraz z resztą obywateli stanęli na murach w pełnym rynsztunku. Choć nie było ich wielu i nie umieli walczyć, kiedy opodal Aten przepływała flota Datysa, Persowie widząc gotowych do obrony mieszkańców i mając w pamięci porażkę pod Maratonem, zrezygnowali z ataku.
Do wracających spod Maratonu wojsk Miltiadesa dołączyli spóźnieni Spartanie, którzy mogli tylko pogratulować Ateńczykom zwycięskiej bitwy. Rozgromienie Persów udowodniło wszystkim w Helladzie, że imperium można pokonać i podniosło na duchu wielu, którzy wróżyli Grecji los podobny, jak jońskich polis. I choć wojny perskie miały jeszcze trwać, Maraton zapisał się jako jedna z najważniejszych bitew starożytności i raz jeszcze pokazał skuteczność greckiej falangi w otwartym boju.
Według Herodota, śmierć w bitwie poniosło ponad 6400 Persów i około 190 Ateńczyków. Tak niskie straty wśród Greków są raczej nieprawdopodobne i dzisiejsze szacunki wskazują raczej na liczbę bliską dwóm tysiącom. Mimo to, był to i tak ogromny sukces armii Miltiadesa, który stawił czoła wielokrotnie liczniejszemu przeciwnikowi. Sam wódz, sławny po pokonaniu Datysa, powiódł Ateńczyków na wyspę Paros, na której otrzymał podczas oblężenia śmiertelną ranę zaledwie rok po Maratonie.

Od autora: „Wspomnienia historii” nie mają na celu ukazania najbardziej wiarygodnej historycznie wersji wydarzeń. Różne źródła podają różne warianty bitwy pod Maratonem – w jednym ze scenariuszy Grecy atakowali na otwartym polu, w innym, notabene tym przywołanym w niniejszym wspomnieniu, schronili się w Gaju Heraklesa. Głównym celem wspomnień jest rozbudzenie ciekawości wśród czytelników tak, by sami zechcieli sięgnąć po literaturę fachową i zweryfikować informacje. Część postaci jest oczywiście historyczna, jak Kallimach czy Miltiades, a część kompletnie zmyślona, jak chociażby Genarion.
Maraton to pierwsze z mojej serii „wspomnień” i żywię nadzieję, że jej kontynuacje będą rozwijały główną myśl, która przyświecała mi przy procesie twórczym, a może dodadzą również ciekawe urozmaicenia.
Tym którzy dobrnęli do tych słów, dziękuję za poświęcony czas! Niech was historia prowadzi!
Maciej Tofil


Opinie czytelników

Pozostaw komentarz

Twój email nie będzie opublikowanyWymagane pola są zaznaczone *


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.


Kontynuuj czytanie