Current track

Title

Artist

Background

,,Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia’’

Napisany przez , 27 marca 2020

Hejo! Witam cię w kolejnym półświatku pseudo-literatury. Tutaj drogi czytelniku kryje się  dla ciebie prawdziwe wyzwanie! Otóż to opowiadanko z czasów kiedy byłem w gimnazjum! Ha! A to było 10 lat temu! Czekają cię morały, banialuki i przyzwoitość…

 

Ze snu wybudził mnie Carlos Santana i jego genialna ,,Europa’’, którą ustawiłem na budzik w telefonie. Było piętnaście po siódmej. Siadłem na łóżku i poczułem ucisk w żołądku. Biologia, sprawdzian z biologii, zapomniałem! Wczorajsza impreza u Karola dała o sobie znać. Wskoczyłem w jeansy i koszulę, pochłonąłem miskę płatków owsianych, umyłem zęby i wyszedłem z domu. Mama jeszcze spała. Zaznawała tej niebiańskiej rozkoszy, która była poza moim zasięgiem.

Wiosna wybuchła z całych sił. Kwiecień był miesiącem, który zwiastował dużo wolnych dni i nadchodzące wakacje. Może dorwę jakąś wakacyjną robotę, przynajmniej na miesiąc. Kasa zawsze się przyda. Z rozmyśleń wyrwał mnie ponownie sprawdzian z biologii. Za rogiem spostrzegłem grupkę dziewczyn. Siedziały w knajpie i sączyły sok. Wagary przeszły mi przez myśl. Nie, ucieczka nie była dobrym pomysłem. Szczególnie, że w zeszłym tygodniu opuściłem 2 dni. Stanąłem przed moją ukochaną i znienawidzoną szkołą, wziąłem głęboki wdech i wszedłem do środka.

Na start miałem dwie godziny angielskiego. Uważałem, że nieznajomość języka w dwudziestym pierwszym wieku to kalectwo, dlatego przykładałem się do tego przedmiotu. Zadzwonił dzwonek i wyszliśmy na przerwę. Zagadnąłem Zosię.

– Hej, co słychać? Uśmiechnąłem się.
– Cześć Szymon, taki piękny dzień a za trzy godziny biologia. Kompletnie nic nie umiem na dzisiejszy sprawdzian, a babka przekładała go już dwa razy, nie liczyłabym na trzeci. Odparła lekko poirytowana.
– Do trzech razy sztuka. Zażartowałem
– Wątpię żebyś umiał, ale grunt to pozytywne nastawienie. Rzuciła z politowaniem.

Od początku rozmowy obmacywałem wzrokiem  jej boską figurę i cudne zielone oczy, kryjące tyle tajemnic. W gimnazjum podkochiwałem się w niej. Na moje szczęście poszła do tego samego liceum co ja i gdzieś w duchu wierzyłem, że się jakoś spikniemy. Zadzwonił dzwonek i poszliśmy na matmę. Biologia coraz bliżej, a Zosia zdominowała wszystkie moje myśli. W przypływie weny napisałem dla niej wiersz:

Między palcami twoje włosy

Twój zapach dotyk smak

Usta ciekawe niczym ptaki

Obejmują cały świat

Dotyk zmysłowy to niczym marzenie lekkie ulotne

Dzisiaj rozłąka to jedyne brzemię

Jak krzyż mam przy sobie

Plecak emocji wypchany po brzegi

Lecz już go nie noszę

W ręku mam tylko jedno spojrzenie

Samotność i sam w tłumie stoję

Z poetyckiego letargu wyrwał mnie dźwięk mojego nazwiska.
– Fronczewski! Fronczewski! Ile wynosi sześcian pierwiastka z osiemnastu? Przecież przed chwilą wyjaśniłem to klasie.
Moje milczenie było jednoznaczne dla tego rzeźnika.
– Zapraszam cię do tablicy kolego. Odrzekł szorstko matematyk. Za rok matura, jak wy chcecie ją napisać, jeśli nie umiecie podstaw?! Wystarczy trochę uważać na lekcji, to już połowa sukcesu!

Walczyłem zaciekle, ale koniec końców to ja byłem Hektorem tego pojedynku. Jak to mawiają? Uczeń bez dwójki to jak żołnierz bez karabinu… tylko na co mi trzeci karabin? Kolejny dzwonek na przerwę. Wyszedłem przed szkołę i usiadłem na ławce. Słońce było w doskonałej formie, więc założyłem ciemne okulary i zamyśliłem się. Na biologię nie umiałem, z matmy kolejna dwója, przede mną jeszcze dwa polskie. Spochmurniałem. Czy czułem się nieszczęśliwy? Wyznawałem zasadę, że szczęście to pojęcie względne, chcesz być szczęśliwy? To po prostu bądź! „Ciesz się przeszkodami, bo to doświadczenia z których można się czegoś nauczyć.” – mawiał mój dziadek.

Szkoła wpędzała mnie tylko w zły humor, ale… gdyby nie ona, to nie byłbym tym kim jestem teraz. Szkoła jest marzeniem wielu ludzi przygniecionych przez syzyfowy kamień dorosłego życia. To tu tak naprawdę uczymy się wszystkich podstaw, nie tylko tych z matematyki. Poznajemy przyjaźń, miłość, używki…. po prostu życie. Nie trapią nas te wszystkie dorosłe problemy. W wyścigu zwanym młodością nie dostrzegamy jak cudowny czas przelatuje nam przez palce. Za wszelką cenę chcemy mieć już to za sobą, ale to błąd! Budzimy się po trzydziestce i stwierdzamy: Ile ja bym dał żeby pójść teraz do szkoły. Klasyk!

Szkoła marzeń? Każda szkoła jest szkołą marzeń. Tylko trzeba to odkryć. Bo szkoła to młodość, to coś tak pięknego i niepowtarzalnego, coś co zdarza się tylko raz! Dlatego nie warto katować się przekonaniami, że ona nas ogranicza, że jest nudna, że męczy. Uczy nas nie tylko polskiego czy matematyki, ale raczkowania w przygodzie zwanej życiem. Wziąłem głęboki oddech. Zadzwonił dzwonek i ruszyłem pod klasę z numerkiem siedem. Nadzieja zawsze umiera ostatnia, pomyślałem.

 

Następnym razem będzie coś z wysokiego C! Na razie stawiamy kroczek po kroczku. Do przeczytania!


Opinie czytelników

Pozostaw komentarz

Twój email nie będzie opublikowanyWymagane pola są zaznaczone *


Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.