Current track

Title

Artist

Background

PÓŁMETEK SEZONU REGULARNEGO NBA ZA NAMI

Napisany przez , 26 stycznia 2020

Połowa sezonu za nami. I wiadomo tyle, że… nic nie wiadomo. Jest jednak kilka zespołów, które są ponad resztą i sprawiają wrażenie faworytów do tytułu.

Los Angeles Lakers – cóż…  jedna wielka niewiadoma. Statystycznie wypadają świetnie, mają drugi najlepszy bilans w lidze, LeBron James świetnie kreuje i nadal, mimo przecież 35 lat na karku, wygląda świetnie. Problem pojawia się jednak, kiedy team Franka Vogela mierzy się z przeciwnikami z topu – przegrali mecze z Sixers, Nuggets i Bucks, blowoutem zakończyło się spotkanie z Celtics, a w międzyczasie 2 razy ulegli bezpośredniemu konkurentowi na zachodzie i w samym Los Angeles – Clippers. Jeziorowcy potrzebują wzmocnień przede wszystkim na rozegraniu. Granie dużych minut Rajonem Rondo nie przejdzie na dłuższą metę, a przyda się też pomoc zza łuku. Mówi się dużo o Darrenie Collisonie, który wraca z emerytury i ma wybierać pomiędzy ekipami z L.A. Jest też problem w postaci scoringu z ławki – Kyle Kuzma jest zbyt nieregularny, żeby mówić o nim w kontekście 6th mana, czy nawet trzeciej opcji, na którą był pompowany przez media. Jest właściwie jedynym assetem Lakers i zawodnikiem, którego powinni wymienić. Z plusów – świetnie wygląda współpraca Anthonego Davisa i LeBrona Jamesa, Dwight Howard przeżywa drugą młodość, a Kentavious Caldwell Pope wreszcie przypomina koszykarza. Wcześniej już wspomniany Frank Vogel fantastycznie poukładał defensywę. Lakers wreszcie mają trenera, który wie co robi.

Utah Jazz – typowałem ich na #1 seed na zachodzie. Na papierze wyglądali jak contender – świetnie zbalansowani, z wreszcie topowym rozgrywającym. Zaczęli przeciętnie, czyli jak co roku. Obecnie mają 3 najlepszy bilans w lidze i choć martwi dyspozycja Mike’a Conleya i ich realny starpower, którego jak wiadomo w playoffs potrzeba dużo bardziej, niż w sezonie regularnym, tak, znowu – jak co roku – mogą być czarnym koniem rozgrywek. Mają solidną ławkę, Emmanuel Mudiay daje porządne minuty, po trade z udziałem Jordana Clarksona wreszcie mają scoring z ławki, którego wcześniej bardzo brakowało. A wspomniany już Mike Conley właśnie jako rezerwowy wygląda dużo lepiej. I wydaje się, że to jest idealna rola dla niego.

Los Angeles Clippers – najbardziej kompletny zespół. Przynajmniej w teorii. Robią swoje, po cichu są na 3 pozycji w tabeli zachodu, a Kawhi Leonard rozkręca się z meczu na mecz. Jeśli mówić o jakichś wadach, to zdecydowanie od reszty rosteru odbiegają pozycje pod koszem. I Paul George – w playoffs wszystkie oczy będą skierowane na niego – jego drużyny w ostatnich 4 latach nie wychodziły z pierwszej rundy. Teraz ma oczywiście lepszy support i Kawhi Leonarda, ale dyspozycja PG13 będzie kluczowa w kontekście walki o pierścienie. Dalej mają fantastyczną ławkę, świetnych rolesów, starpower i trenera ze sporym doświadczeniem w finałach.

Denver Nuggets – świetni w ofensywie i defensywie. Po zadyszce Jokicia na początku sezonu, teraz gra już jak member all-nba team. Warto poświęcić trochę uwagi Michaelowi Porterowi Jr. Przypomnę – to dopiero 15 pick w drafcie 2018, który przed kontuzją był typowany na pierwszą trójkę. Nuggets nie ryzykowali wiele, bo roster i tak mają szeroki. Tymczasem, jeśli zdrowie dopisze MPJ, może być kolejnym znaczącym elementem układanki w zespole Mike’a Malone’a. Przed obecnym sezonem za małe pieniądze pozyskali też Jeramiego Granta. Brakuje im regularnego scorera i pewnie prędzej czy później Will Barton wróci do gorszej dyspozycji, ale są w stanie zaskoczyć.

Houston Rockets – zacznę nie od Jamesa Hardena, a od jego starego-nowego teammate Russella Westbrooka. Powiedzmy sobie otwarcie – wymiana z CP3 wyszła na minus. I Rockets powinni skupić się na wymianie Westbrooka, jeśli myślą o zatrzymaniu Hardena na dłużej i – co się z tym wiąże – sukcesem w tym sezonie. TUTAJ wyjaśnienie. Dodam tylko, że PJ Tucker trafia corner 3 na najlepszym procencie w lidze – 42%, a Brodie ten wskaźnik ma na poziomie… 12%. Ma oczywiście przebłyski, jak teraz, kiedy James Harden ma problemy ze skutecznością, ale zarząd Rockets na pewno oczekiwał lepszych wyników z dwoma MVP w zespole. Grają wąską rotacją, a Harden przebywa na parkiecie najwięcej minut w całej lidze – 37. Jeśli dodać do tego Erica Gordona ze sporym kontraktem i fatalną dyspozycją, to nie wróżę im niczego wielkiego w playoffs.

Milwaukee Bucks – nic, tylko czekać na playoffs. Bucks w regularze są niemal doskonali i rozjeżdżają wszystko po swojej drodze. Giannis Antetokounmpo gra wybitny sezon po obu stronach parkietu i pewnie jeden z najlepszych RS w historii ligi, a Khris Middleton gra jak druga opcja w contenderze. Jeżeli utrzymają obecne tempo, to skończą z bilansem ponad 70W. Nawet po stracie Brogdona są świetni i nie odczuli tej straty. I tak jak napisałem na początku – playoffs zweryfikują. Rok temu było blisko, a teraz na wschodzie nie ma Kawhi Leonarda. Finały są w zasięgu, a tam może zdarzyć się już wszystko.

Miami Heat – idealne miejsce dla Jimmiego Butlera. Udonis Haslem zapytany w wywiadzie o Butlera właśnie, odpowiedział:
You put him in the cage with a bunch of cats, he’s gonna growl. You put him in a kennel with a bunch of dogs, he’s gonna be right at home. That’s really all I got to say about that.
Nie można zapomnieć też o Bamie Adebayo i świetnych wyborach Heat w drafcie. Pewnie nie są legit contenderem i zostaną zweryfikowani w drugiej rundzie, ale drzemie w nich ogromny potencjał. A w tym wszystkim jeszcze lepsze jest to, że nie boją się tytanicznej pracy narzuconej przez Butlera.

Toronto Raptors – ogromne zaskoczenie. Męczą ich kontuzje, w rosterze nie ma już Kawhi Leonarda, a oni grają swoje. Pascal Siakam zaczął fantastycznie, po czym spuścił z tonu, a Raptors nadal są w ścisłym topie wschodu. I są chyba drugim teamem, po Sixers, na który nie chcieliby trafić Bucks. Na podziw zasługuje też Fred Van Vleet, który dość niespodziewanie utrzymał wysoką formę jeszcze z finałów 2019. OG Anonuby dobrze się rozwija i na pewno będzie postrachem w obronie. I jak Nick Nurse nie do końca mnie przekonuje, tak trzeba mu przyznać, że wykonuje świetną robotę.

Boston Celtics – z jednej strony ogromne zaskoczenie, z drugiej jednak można było się tego spodziewać. Wyglądają porządnie, progres zaliczył Jaylen Brown i Jayson Tatum, świetnie wpasował się Kemba Walker, ale mają dziurę pod koszem, co patrząc przez pryzmat ewentualnych matchupów z contenderami ze wschodu wygląda źle. Ainge pewnie się postara i wykona jakiś ruch, ale tu potrzeba kogoś, kto realnie jest w stanie powstrzymać Giannisa. A Raptors i Sixers takich graczy mają. Muszą szukać wymiany z Gordonem Haywardem – mają assety, a po spuszczeniu jego ogromnego kontraktu mogą podpisać kogoś znaczącego w kontekście walki o finały.

Philadelphia 76ers – miało być lepiej. Joel Embiid gra swoje, Ben Simmons gra nawet więcej, niż swoje i przy nim się zatrzymam. Dopóki nie poprawi się w wiadomym elemencie, Phila powinna szukać mu innej roli. Gra fantastyczny sezon w defensywie, ale gdybym miał wybrać wokół kogo budować zespół, to postawiłbym na Embiida. Problemem jest też Brett Brown. Znowu to napisze – coach jest do zmiany. Dziwne lineupy, niewykorzystywanie potencjału. Z lepszym trenerem Phila mogłaby być legitnym contenderem. A tak jest ledwo na 6 pozycji na wschodzie.

Ta 10 robi póki co największe wrażenie i wydaje się być największymi faworytami do tytułu. Gdzieś z tyłu pojawiają się też Mavericks czy Pacers, ale overall są dużo słabsi niż wyżej wymienione ekipy. Playoffs już w kwietniu, przed nami przerwa na ASG i trade deadline.


Opinie czytelników

Pozostaw komentarz

Twój email nie będzie opublikowanyWymagane pola są zaznaczone *


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.


Kontynuuj czytanie

Poprzedni wpis

Odwiedź Oslo!


Miniaturka