RADIO FRASZKA

Current track

Title

Artist

Background

(Nie) Bezpieczny pomysł Brukseli

Napisany przez , 25 lipca 2018

Komisja Europejska nie tak dawno ogłosiła Strategiczny Plan Działania na rzecz Bezpieczeństwa w Ruchu Drogowym. Jego celem jest zmniejszenie liczby ofiar drogowych o połowę w latach 2020-2030. Główne założenie KE to obowiązkowe blokady na 150 km/h, które fizycznie uniemożliwią szybszą jazdę.  Ten podpunkt rozbudził ogromne kontrowersje wśród kierowców i dziennikarzy motoryzacyjnych. Nic dziwnego. Pomysł byłby całkowitą rewolucją na europejskich drogach a zarazem…. jednym, wielkim absurdem. 

Czy w dobie rywalizacji pomiędzy tak potężnymi markami jak Porsche, BMW, Mercedes, Ferrari, Lamborghini taki pomysł ma jakąkolwiek rację bytu? Odpowiedź wydaje się jednoznaczna. Prawda jest taka, że szybkość 150 km/h bez większych problemów może osiągnąć dobrze zadbany, nastoletni Golf czy Peugeot . Po co więc produkować 400 konne maszyny, skoro maksymalna szybkość zostanie zredukowana do szybkości 15 letniego Golfa z przeciętnym silnikiem? Urzędnicy po raz kolejni pokazują, że są osobami oderwanymi od rzeczywistości. Podobnie było z pomysłem, który forsowali kilka lat temu. Chodzi o ograniczenie szybkości w obszarze zabudowanym, które miało wynosić 30 km/h zamiast aktualnej „pięćdziesiątki”. Pomysł upadł śmiercią naturalną. Czy tak samo będzie z ogranicznikami na 150 km/h? Zapewne tak, ponieważ urzędnicy mają bardzo dużo „interesujących” pomysłów, których nie są w stanie wcielić w życie.

Chciałbym podkreślić, że mimo młodego wieku nie jestem osobą, która uważa, że na drodze wszystko wolno i nie powinno być żadnych limitów. Wręcz przeciwnie. Uważam,  że przestrzeganie przepisów i stosowanie się do nich jest bardzo ważne. Ale ten pomysł jest bezpardonowym ingerowaniem w naszą wolność osobistą. Co jeśli ktoś lubi sportową jazdę na specjalnie przystosowanym do tego torze sportowym? Ma pisać podanie do Brukseli o zdjęcie blokady, żeby móc sobie legalnie „pośmigać na torze”? Wreszcie co z najpotężniejszą gospodarką UE, Niemcami. Kraj ten słynie z doskonałych autostrad, w którym wiele odcinków posiada jedynie szybkość zalecaną (130 km/h). Do Niemiec przybywają nawet turyści z Chin i USA, po to aby legalnie „przetestować swoje fury”. W 2009 roku pomysł Zielonych aby wprowadzić maksymalną szybkość na niemieckich autostradach do 120 km/h, został storpedowany przez pozostałe partie zasiadające w Bundestagu. Na wynik głosowania zapewne duży wpływ miały protesty Mercedesa i Porsche przeciwko tego typu ograniczeniu. Tego typu pomysły były odrzucane kilkukrotnie przez Bundestag.  Powód jest prosty. Ogólnokrajowy limit szybkości na niemieckich autostradach to wielomilionowe (jeśli nie miliardowe) straty dla potężnego przemysłu motoryzacyjnego i gospodarki. Zaś niemieckie autostrady, pomimo ogólnokrajowego braku ograniczenia szybkości, są bezpieczniejsze od autostrad hiszpańskich, włoskich, francuskich, portugalskich, węgierskich czy polskich, gdzie limit szybkości obowiązuje.

Ale zostawmy Niemców. Ten pomysł nie przyczyni się do zwiększenia bezpieczeństwa, ponieważ ogranicza jedynie szybkość na autostradach, czyli tam gdzie do wypadków dochodzi najrzadziej. O co dokładnie chodzi? O to, że kierowca jadący 130 albo 140 km/h, na zwykłej jednopasmowej drodze bez pasa awaryjnego, (nawet poza obszarem zabudowanym) będzie ogromnym zagrożeniem. Ale przecież „unijna blokada” 150 nie zabroni mu osiągnięcia takiej szybkości w mieście czy na jednopasmowej drodze krajowej. A gdzie dochodzi do największej liczby wypadków? Na jednopasmowych drogach krajowych.

Co więcej, przez tego typu pomysł możemy uzyskać odwrócony efekt. Kierowcy, wiedząc, że więcej niż 150 km/h na autostradzie nie pojadą, mogą chcieć nadrobić utracony czas na zwykłych drogach. Brzmi śmiesznie? To proponuję popatrzeć na wielkie ciężarówki zwane potocznie TIR-ami. Posiadają one ograniczniki szybkości na 90 km/h. I co możemy zaobserwować? Wlokące się sznury TIR-ów po autostradach, które w obszarze zabudowanym pędzą 80 km/h pomiędzy domostwami, pieszymi i rowerzystami. Cel jest prosty. Nadrobić utracony czas i wyrobić się z tachografem. Osobówki tachografu nie posiadają, ale w XXI wieku życie toczy się szybko. Ludzie jeżdżą dużo i żyją w ciągłym pośpiechu. Jeśli ktoś z jakiś powodów się spieszy, to lepiej żeby robił to na przystosowanej do tego dwujezdniowej drodze bez skrzyżowań, pojazdów wolnobieżnych, pieszych i rowerzystów (autostrada) niż „cisnął” np. 90 km/h w mieście albo obszarze zabudowanym.

I wreszcie ostatnia sprawa. Tego typu pomysł to prezent dla czarnego rynku, który zapewne zaoferowałby „usługę” zdjęcia owej blokady. Wraz z wprowadzeniem tego typu przepisu popyt na niego byłby ogromny. Bo bądźmy realistami. Nie wierzę, że ludzie kupują np. Audi A6 czy Mercedesa M-LA po to, aby rozpędzić go maksymalnie do 150 km/h.

Pomysł jest całkowicie nietrafiony, ingerujący w wolność osobistą posiadacza samochodu, który nie przyczyni się do poprawy bezpieczeństwa. Jeśli chcemy zwiększyć bezpieczeństwo (mam na myśli polskie drogi) powinniśmy zacząć uczyć kierowców kultury jazdy, zachowania bezpiecznego odstępu, dostosowania prędkości do warunków jazdy, patrzenia w lusterka. Dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie dla kursanta obowiązku jazdy kilku godzin z instruktorem, po drodze ekspresowej lub autostradzie. Tak jak ma to np. miejsce u naszych zachodnich sąsiadów. Bądźmy szczerzy 30 godzin kursu praktycznego to przygotowanie do egzaminu a nie nauka jazdy. Nauka jazdy zaczyna się po zdaniu egzaminu. Wtedy bowiem kursant, który jeździł 40 km/h w mieście i uczył się perfekcyjnego skrętu aby Broń Boże nie musnąć kołem linii ciągłej, musi odnaleźć się na trasie na której dozwolona szybkość to 90, 120, 140 km/h (w zależności czy to zwykła droga, ekspresówka czy autostrada). Na trasie w której nie brakuje chamskich kierowców, którzy rozpoczynają wyprzedzanie na trzeciego. Na trasie w której nie brakuje mistrzów wyprzedzających wszystko co się porusza i wciskających się przed maskę. Na trasie na której nie brakuje „inteligencji” wymuszającej pierwszeństwo.

Aby poprawić bezpieczeństwo trzeba zmienić system szkolenia, który będzie uczył jazdy a nie zdania egzaminu. W dzisiejszych czasach prawo jazdy kat. B i komunikatywna znajomość języka angielskiego to coś niezbędnego dla przyszłego pracodawcy. Może czas aby przedmiot z zakresu bezpieczeństwa ruchu drogowego wszedł do szkół średnich podobnie jak to miało miejsce np. z Podstawami Przedsiębiorczości.


Opinie czytelników

Pozostaw komentarz

Twój email nie będzie opublikowanyWymagane pola są zaznaczone *


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.